Dostałam drugie życie…

Dostałam drugie życie… Każdy, kogo zainteresuje ten wpis, pomyśli zapewne, że przytrafił mi się jakiś wypadek a po nim, powróciłam do zdrowia. Otóż nie. Mogłabym napisać, że spotkała mnie życiowa wywrotka, taka konkretna na kolana, po której zdołałam się podnieść. Historia jakich wiele, każda jest inna. Nieporównywalna. Nie ma recepty gotowej na problem, na życie, ale każdy problem rozwiążą poszukiwania i wiara we własne siły.
Ten wpis jest wpisem bardzo osobistym. Ale pewne refleksje przed 1 listopada i spotkanie ludzi w trudnej sytuacji spowodowały, że napisałam coś o swoich przeżyciach osobistych. Nie zamierzam wyciągać tu małżeńskich „brudów”, bo ten rozdział zamknęłam ciężką zasuwą. Jednak rozwód rzucił cień na kilka kolejnych lat mojego życia. Osobiście przeżyłam wszystkie etapy żałoby po rozpadzie związku, od smutku i poczucia winy, po pustkę i złość. Jednak najważniejszy dla mnie był owoc tego małżeństwa – mój syn. Starałam się zapewnić mu jakiś, na tamten moment, komfort psychiczny nie zmieniając otoczenia czyli mieszkania, przedszkola, kolegów. Ogrom problemów, rachunków, praca w kilku miejscach i nadmiar obowiązków tak bardzo mnie pochłonęły, że nie zauważyłam, kiedy zaczęło ze mną dziać się źle.

Aby dostać drugie życie, musiałam najpierw przejść przez pierwsze, upaść i wyciągnąć wnioski.

Co było w tym najtrudniejsze?

Zostać samotną mamą z 5 letnim dzieckiem. Ocierać jego łzy, ukrywając swoje. Uśmiechać się w niemocy. Być twardą mimo, iż taka nie byłam. Tłumaczyć sytuację, której sama nie mogłam pojąć. Nieprzespane noce i wyczerpanie do granic. Życie na takich obrotach, że stałam się maszyną. A w ręku trzymałam skierowanie na operację, którą przesuwałam w czasie walcząc z bólem i owijając się bandażami aby móc pracować. W październiku 2009 roku podjęłam studia podyplomowe w Poznaniu. Od poniedziałku do piątku dom, dziecko, praca a w weekend uczelnia. Pewnego grudniowego poranka dojechałam autem pod UAM w Poznaniu i nie wysiadłam z niego. Wysiłek fizyczny i ból przy przepuklinie brzusznej sparaliżował moje mięśnie brzucha, nie mogłam się ruszyć. Utknęłam. To był kres mojej wytrzymałości. Wylałam resztę łez. Kolejny etap operacja. Nowy rok rozpoczął się pustką, bez planów i bez nadziei. Rozprawa sądowa goniła rozprawę. W sądzie stałam się przedmiotem niepotrzebnym, bezwartościowym, nikim. Ani matką, ani żoną, pyłkiem, który można zdmuchnąć z ubrania. Masz gadkę, papier istniejesz, masz uczucia nie ma cie, o pieniądzach nie wspomnę. Wylądowałam na długim zwolnieniu lekarskim. Każdy kolejny dzień był gorszy.
Rano wstawałam automatycznie słysząc budzik, zaprowadzałam dziecko do przedszkola i wracałam ustawiałam budzik i spałam, rolet nie podnosiłam, odbierałam dziecko z przedszkola, snułam się wokół niego, popołudniami znów spałam. Nie pamiętam, co jadłam, pewnie suchary i chrupki kukurydziane. Przejście 200 metrów w śniegu do przedszkola było dla mnie tak wielkim wysiłkiem jak zdobycie szczytu K2. Zawsze pomagała mi rodzina i tym razem tez miałam z nią dobry kontakt, rozmawialiśmy przez telefon, wykrzesywałam wówczas z siebie odrobinę radosnego głosu. Dostawałam od czasu do czasu jakiś wypasiony obiad od mamy, ale czy go jadłam? Nie pamiętam. Wszyscy myśleli, że źle się czuje po operacji i potrzebuje odpoczynku. Szanowano mój spokój a ja tym samym upadałam coraz niżej. Trwało to około 3 tygodni. Słowo depresja nie przeszło mi przez myśl, liczył się sen i wyłączenie myślenia. Niczego nie potrzebowałam, niewiele robiłam, nie patrzyłam na siebie, nie pamiętam nawet jak wtedy wyglądałam, ale z pewnością koszmarnie. Nieumalowana w kilku grubych, szarych rozciągniętych swetrach, ciągle trzęsąca się z zimna.
Pewnego dnia podniosłam rano w kuchni roletę i oślepiło mnie słońce. Zacisnęłam mocno oczy, bo tą jasność potęgował śnieg. Poczułam dużo ciepła na twarzy i tak stałam, to było przyjemne uczucie. Taki drobiazg sprawił mi ogromną radość. Stałam tak i zmuszałam się do myślenia. Co się ze mną dzieje? Gdzie jestem? Kim jestem? Jaki dziś dzień? Czy ja jeszcze żyję? Zdałam sobie sprawę, że brakuje mi ciepła pod każdą postacią.
To był mały przełom w moim życiu. Przełom bez leków i lekarzy. Przełom w głowie. Każda kolejna myśl, była myślą o mnie. Liczę się JA. Brzmi egoistycznie, ale to nie był egoizm. Od tego momentu codziennie robiłam małe postępy, małymi kroczkami wracałam. Pomogły mi w tym długie rozmowy z najbliższymi i z moimi przyjaciółkami, odwiedziny, powrót do pracy, książki. Szczególnie jedna z nich o tytule „Ja”, której autorem jest Tadeusz Niwiński. Wielokrotnie później do niej wracałam. Był tam taki fragment, który mnie bardzo poruszył, a w którym autor powołał się na pewnego amerykańskiego badacza:

„David Waitley opowiada zadziwiającą historię o szczepie Indian amazońskich, z których wielu, z nieznanych przyczyn, umierało w wieku około dwudziestu lat. Szczep zagrożony był wyginięciem, co przyciągnęło uwagę naukowców, którzy zaczęli badać przyczyny takiego stanu rzeczy. Okazało się, że w liściach, z których zbudowane były ściany domów, mieszkały pewne insekty, których niewidzialne ukąszenia powodowały przedwczesną śmierć. Kiedy dokonano tego odkrycia, zebrała się rada starszych szczepu, której przedstawiono, jaka jest sytuacja i powiedziano: macie do wyboru: albo spalić te wszystkie chaty, zaorać ziemię i wybudować wszystko od nowa, albo przenieść się w całkiem inne miejsce, albo wreszcie nic nie robić i czekać na przedwczesną śmierć. Rada starszych, po zastanowieniu, postanowiła wybrać trzecie rozwiązanie. Perspektywa zmiany wydawała się gorsza niż umieranie w młodym wieku. Tak bardzo nasza wrodzona tendencja do utrzymania status quo może działać przeciwko nam. Świadome życie polega między innymi na umiejętności używania tego komputera między uszami w sytuacjach, kiedy zmiana jest pożądana.”

Minęło kilka kolejnych miesięcy, potem lat kiedy zamykałam rozdziały starego życia i powoli snułam plany na nowe. Potrzebowałam zmian. Marzyłam o samorozwoju, o podróżach, o urządzeniu na nowo mieszkania w ciepłych naturalnych barwach, o celebrowaniu każdej chwili z synem, o rozmowach, głupawkach, wspólnych wakacjach, trekkingach, myślałam o przyszłości Maksa, o jego edukacji i pasjach, o naszych wspólnych rodzinnych chwilach, bo przecież nadal jesteśmy rodziną. Planowałam i wszystko to realizowałam, nie wiem jak? Tyle rzeczy udało mi się osiągnąć, zrobić i odhaczyć z listy potrzeb, że sama zastanawiałam się jak to możliwe? Wszystko wokół mnie zyskało nową jakość. Zaczęłam być wdzięczna za każdą rzecz jaką mam, za każdą chwilę, za każdy drobiazg, niekoniecznie materialny. Nie potrzebuje biżuterii, pieniędzy, luksusu. Mam swój standard życia i nie gnam za pieniędzmi, bo wiem, że zdrowie jest najważniejsze. Każdego dnia jestem autorką własnego szczęścia, bo ono zależy tylko ode mnie. Uszczęśliwia mnie każdy maleńki drobiazg jak promienie słońca, ciepła i przesłodzona kawa, śpiew ptaków, spacer, rozmowa z sąsiadką, wycieczka rowerowa, cisza. Każdego dnia dbam o moje dobre samopoczucie, dlatego staram się sprawiać sobie prezenty i nie są to prezenty w pełnym tego słowa znaczeniu. Tańczę w słońcu, biorę ciepłą kąpiel w płynie czekoladowo-pomarańczowym, zapalam świece o waniliowym zapachu, słucham dobrej muzyki koniecznie z płyt, czytam, spotykam się z przyjaciółkami, idę biegać z synem, zrobię koktajl, wyjadam czekoladki, czasem kupię coś ciekawego, choć kupowanie nie jest wyznacznikiem mojego szczęścia.

Działanie to podstawa do zmian! Otaczanie się życzliwymi ludźmi! Nastawienie uszu na pozytywne dźwięki! Myślenie o sobie, bo jeśli ja daję rade i jestem szczęśliwa to da rade mój syn! Jeśli oboje dajemy radę być szczęśliwymi to pomagamy i uszczęśliwiamy innych.

Nadal jestem samotną matką i bardzo nie lubię tego określenia, bo skoro jestem matką to nie jestem samotna, tylko spełniona. Mam wszystko czego potrzebuję!
Można powiedzieć, że dostałam drugie życie i dziękuje tym, którzy mi pomogli i są w nim obecni.

Archiwa

Kalendarz

Październik 2018
PWŚCPSN
« Wrz  
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031 

Bądź ze mną na bieżąco na Facebooku