Wspaniały koncert Queen z Adamem Lambertem

Zespół Queen to najlepszy zespół rockowy wszech czasów, dzięki swojej muzycznej inności i wszechstronności. Koncert Queen w Polsce chyba sobie wyśniłam. Marzył mi się jeszcze za życia Freddiego, choć wtedy graniczyło to z cudem. Lata 80-te to „Żelazna Kurtyna”  a jedyny koncert Queen za nią, odbył się w Budapeszcie w 1986 roku. W latach 90-tych na okrągło oglądałam ich koncerty na Wembley, które nagrywałam na kasety VHS ze stacji MTV. W rozkwicie kariery Freddie Mercury umiera na HIV, dokładnie 24 listopada 1991 roku. Wiadomość była ogromnym szokiem dla członków zespołu i fanów na całym świecie. Informacja medialna o chorobie pojawiła się na dzień przed jego śmiercią, dlatego tak ciężko było to pojąć. Czyżby skończyła się era Queen? Freddie miał w sobie tyle energii, jego głos brzmiał jak dzwon, charyzmatyczny na scenie i niepowtarzalny. Lawirował między byciem gwiazdą muzyki rock, aktorem teatralnym i zwykłym, skromnym człowiekiem o wielkim sercu. Została po nim wspaniała muzyka oraz materiał na kolejną płytę, którą Freddie nagrywał będąc ciężko chorym.

Płytę „Made In Haven” kupiłam jak tylko ją znalazłam na półkach sklepowych w Niemczech w 1996 roku. Byłam nią zachwycona. Refleksyjna, grzmiąca, czasem przyprawiająca o dreszcze. Freddie zrobił coś niesamowitego, nagrał tyle materiału na ile starczyło mu sił. Jednej zwrotki nie skończył w piosence „Mother Love” i dośpiewał ją gitarzysta Brian May. Słuchając ich muzyki i nowo wydanej płyty miałam wrażenie, że Queen nadal istnieje a Freddie żyje. W rzeczywistości było całkiem odwrotnie.

Po latach czytałam w mediach o reaktywacji zespołu i trasie koncertowej z Paulem Rodgersem. A od 2011 roku związaniu się z Adamem Lambertem. Zastanawiałam się, czy to nie na siłę troszkę, przecież nikt nie zastąpi charyzmatycznego Freddiego.

I nikt nawet nie myślał tego robić… Po koncercie w Łodzi można powiedzieć śmiało, że Freddie żyje w sercach fanów, w ludziach, którzy tworzą nowy zespół i tych, którzy tworzyli jeszcze z Freddiem. W sercach jego przyjaciół – muzyków Queen, 70- letniego Briana Maya i 68 –letni Rogera Taylora.

Na scenie w Atlas Arenie 6 listopada 2017 zagrał zespół Queen + Adam Lambert. Ponad dwugodzinny, pełen dynamizmu koncert, z efektami specjalnymi i świetlnymi, występami solowymi, wirującym Wszechświatem, z platformami, zapadniami, wieloma gadżetami i ekscentrycznym Adamem Lambertem, był MEGA przeżyciem. Wszystkie utwory Queen brzmiały fantastycznie w wykonaniu Adama Lamberta. Piosenkarz śpiewał z wielką łatwością wszystkie wielkie hity Queen m.in. „Another One Bites The Dust”, „Don’t Stop Me Now”, „Bicykle Race”, „I Want It All”, „Somebody to Love”, „I Want To Break Free”, „Who Wants to Live Forerever”, „Radio GA GA”, „Bohemian Rhapsody”, „We Will Rock You” i „We Are The Champions”

Początek koncertu to potężne uderzenie pięści Franka i waląca się ściana sceny. Frank stał się motywem przewodnim trasy koncertowej European Tour 2017. To postać znana z okładki albumu „News of the World”, wydanego w 1977 roku, czyli 40 lat temu.

Przy pierwszych dźwiękach „We Will Rock You” wszyscy fani w rytm perkusji samoczynnie wprawieni zostali w ruch i zaczęli śpiewać. Mam wrażenie, że fani ciągle śpiewali, bo nie dało się inaczej przeżyć tego koncertu. Następnie dynamiczne „Hammer to Fall”, „Stone Cold Crazy” i „Tie Your Mother Down”. To był czad, nogi same chodziły. Po takiej dawce energii, wiedziałam, że to będzie niepowtarzalny i najlepszy koncert na jakim kiedykolwiek byłam. Atmosfera była wspaniała a najlepsze utwory jeszcze przed nami.

Muszę przyznać, że starałam się moim smartfonem zrobić kilka nieporuszonych, czy nieprześwietlonych zdjęć. Było ciężko bo reflektory krążyły z prędkością pocisków, dlatego obraz się rozmywał. Nakręciłam też kilka filmików, również różnej jakości ale z pewnością oddają choć odrobinę tej wspaniałej atmosfery koncertu.
Każdy kolejny utwór był pełen niespodzianek, z zapartym tchem chłonęło się każdy dźwięk, obraz i czekało na kolejne efekty lub niespodzianki. „Another One Bites the Dust” to wysokie dźwięki w wykonaniu Lamberta a „Fat Bottomed Girls” po prostu w większości nagrałam.

 

W piosence „Killer Queen” powoli z pod sceny wynurzała się ogromna głowa Franka a na niej siedzący Adam Lambert w różowym garniturze i w butach na obcasach. Choć nie jestem fanką takich scenicznych, kiczowatych strojów, to muszę powiedzieć, że miało to swój niepowtarzalny urok i oddało naturę Adama Lamberta. Szalał na obcasach po scenie w „Don’t stop me now” a w „Bicycle Race” jechał na rowerze i śpiewał. W tym utworze fani uruchomili symbolicznie dzwoneczki w swoich telefonach.

 

 

Kolejny utwór ” I’m in Love With My Car ” wykonał Roger Taylor swoim ochrypniętym głosem jednocześnie grając na perkusji. Niesamowity i bardzo emocjonujący utwór.

Magiczny moment, w którym łzy same płynęły po policzkach to ballada Freddiego „Love of My Life” w wykonaniu Briana Maya. Brian May usiadł na końcu 30 metrowego wybiegu ze swoja gitarą, aby być jak najbliżej fanów. Kiedy zgasły wszystkie światła fani zapalili latarki w telefonach, światełka migotały jak tysiące świetlików. Panował spokój, jakby nie wiadomo, co miało się wydarzyć. Przy pierwszych dźwiękach gitary cała arena zaczęła śpiewać. Magia!

Miłości mojego życia – zraniłaś mnie
Złamałaś mi serce i teraz mnie opuszczasz.
Miłości mojego życia, czy nie widzisz,
Zwróć mi to, zwróć mi to,
Nie zabieraj mi tego, ponieważ nie masz pojęcia, ile to dla mnie znaczy

Kiedy kończyłam nagrywać, wiedząc, że ciężko było mi złapać ostrość i utwór źle się nagrał w tych ciemnościach, na scenie pojawił się ON. Wielki Freddie Mercury, prosto z Wembley i śpiewał ostatni fragment ze wszystkimi, potem odszedł. Ten głos, te gesty i ogromne emocje. Chyba wszyscy płakali, rozejrzałam się wokół i wiem, że nawet dzieci były wzruszone. Z tego fragmentu koncertu pozostało mi tylko zdjęcie poniżej ale w sieci jest kilka nagrań w całości tego utworu.

Po tych emocjach bardzo szybko postawił nas na nogi Adam Lambert śpiewając „Somebody to love” i „Crazy Little Thing Called Love”, gdzie znów wszyscy się roztańczyli i rozśpiewali. Następnie w czasie przerwy niesamowity popis swoich umiejętności dali dwaj perkusiści. Roger Taylor uwielbia mocne brzmienie perkusji, dlatego był w swoim żywiole. Kolejne utwory to już najlepsze hity, mój ulubiony utwór „Under Pressure” w tłumaczeniu na polski „Pod presją”. Piosenkę w oryginale nagrał Queen z Davidem Bowie ale tu znów niepowtarzalny był Roger Taylor. Świetnie bawiłam się podczas „I Want To Break Free” można było unosić się w powietrzu, tak samo podczas „Radio Ga Ga”. Freddie był „Królową” sceny ale Adam Lambert potrafił tak samo zawładnąć publicznością, która była publicznością wielopokoleniową. Większość 60-70 latków przyszła tu dla „Queen”, ale już młodsi dla „Queen” i Adama Lamberta, natomiast najmłodsi to już chyba w przewadze dla Adama, o którym zrobiło się głośno w 2009 roku po wygraniu amerykańskiej edycji Idola. I dla tych najmłodszych nie zabrakło emocji, kiedy zaśpiewał swój solowy hit „Whataya Want From Me”.

 

Cały koncert to przepiękne widowisko. Cała oprawa, potężna scena w kształcie gitary z podnośnikami, oświetlenie, lasery, nawiązanie do przestrzeni kosmicznej i ważnej dla „Queen” symboliki. W końcu kilkukrotne pojawienie się na moment Freddiego spowodowało, że wrażenia po koncercie pozostaną ze mną i nie tylko, na długo.

Na koniec koncertu wybrzmiał „We are the Champions” uznawany za hymn sportowców a Adam Lambert wyszedł na scenę srebrnym, połyskującym stroju i w koronie. Tak zwykle robił Freddie, który kończąc koncerty wychodził na scenę w gronostajowym płaszczu i koronie. To był rzeczywiście ostatni utwór a gdy artyści żegnali się z fanami w Atlas Arenie puszczono hymn Wielkiej Brytanii  „God ave the Queen” a następnie utwór „Heroes” nieżyjącego również Davida Bowie.

Byłam wzruszona i bardzo szczęśliwa, że mogłam tu być.

Dziękuję firmie Prestige MJM

strzałka do góry